Chociaż blog señor Brochy czytam głównie dlatego, że się z nim (blogiem i autorem) arcyniezgadzam, to tym razem nie było mowy o jakimkolwiek niezgadzaniu.

Od siebie dodam tylko, że:
1) Tybet jest mi bliski, gdyż przed chińską inwazją była to buddyjska “teokracja”, a do buddyzmu mam pewną słabość. (Uważam, że jest to religia, która jakimś cudem i bardzo okrężną drogą, jest najbardziej zbieżna z “twardym jądrem” chrześcijaństwa).

2) Wybitnie smutną i bardzo prawdopodobną jest następująca możliwość. Tybetańczycy dostają tradycyjnie w łeb, olimpiada się odbywa, ktoś tam fuka i wchodzi na wysokie C, mijają dwa miesiące i wszyscy o prawie wszystkim zapominają. I idziemy do sklepu, kupujemy dobra made in China. Trzeba zrobić wiele, żeby ten wrzód nie przyschnął tak łatwo! Trzeba to jątrzyć miesiąc, dwa, rok i trzy. Jeśli będzie to robił cały świat - wtedy może na odczepne coś (na pewno niezbyt wiele) tym nieszczęśnikom odpuszczą.