marzec 2008


Chociaż blog señor Brochy czytam głównie dlatego, że się z nim (blogiem i autorem) arcyniezgadzam, to tym razem nie było mowy o jakimkolwiek niezgadzaniu.

Od siebie dodam tylko, że:
1) Tybet jest mi bliski, gdyż przed chińską inwazją była to buddyjska “teokracja”, a do buddyzmu mam pewną słabość. (Uważam, że jest to religia, która jakimś cudem i bardzo okrężną drogą, jest najbardziej zbieżna z “twardym jądrem” chrześcijaństwa).

2) Wybitnie smutną i bardzo prawdopodobną jest następująca możliwość. Tybetańczycy dostają tradycyjnie w łeb, olimpiada się odbywa, ktoś tam fuka i wchodzi na wysokie C, mijają dwa miesiące i wszyscy o prawie wszystkim zapominają. I idziemy do sklepu, kupujemy dobra made in China. Trzeba zrobić wiele, żeby ten wrzód nie przyschnął tak łatwo! Trzeba to jątrzyć miesiąc, dwa, rok i trzy. Jeśli będzie to robił cały świat - wtedy może na odczepne coś (na pewno niezbyt wiele) tym nieszczęśnikom odpuszczą.

Pieśń, którą jakiś czas temu mogłem słuchać na okrągło. Zresztą nadal sprawia mi wiele rozkoszy.

Iggy Pop to jest jednak czysta moc.

Dostałem na urodziny piękną książkę, dokładnie tę, która pojawia się w tytule tej notki. Opowiem Wam o niej.

Objętość, masa, cena

Książka jest gruba (ponad 1100 stron), ciężka (co najmniej 1kg) i droga (120zł). Jest to jednak ten przypadek, gdy każda strona ma mnóstwo sensu, a całość jest warta swojej ceny. Można się nawet pokusić o tezę, że wcale nie płacimy dużo, w sumie to tylko 11gr/stronę, a powtarzam - każda kartka jest dobra, a niektóre są warte wielokrotnie więcej niż 22gr.

O czym to jest?

W zasadzie wystarczy zacytować podtytuł: Wyczerpujący przewodnik po prawach rządzących Wszechświatem. (more…)